.supera.wyjazdy.ural

 

 

 

 

 

.dzień.1

Jedziemy na wschód. Ma być inaczej, ale po raz kolejny - taka sama zieleń, takie samo niebo, ludzie jakoś żyją.

Siedzimy na dworcu w Brześciu i czekamy na popołudniowy pociąg "w Maskwu". Przychodzi facet w średnim wieku. Kulturalnie nachyla się do kratki ściekowej oddalonej od mojej karimaty jakieś 2-3 metry i wymiotuje. Trzęsąc się ze śmiechu oddalam się na bezpieczną odległość. Bohater zdarzenia po wytarciu ust wyjmuje telefon komórkowy i dzwoni - padają słowa "bljat'" i "chaljera". Po chwili przychodzą jego dwaj koledzy, po czym - już we trójkę odchodzą.

Białoruś - kraj Łukaszenki. Zamordyzmu jednak nie czuć. Jest zwykła bieda.

Jesteśmu już w pociągu. Dość ciekawy, ale funkcjonalny układ miejsc. 

 

.dzień.2

Moskwa. Po piętnastu latach znowu wysiadam na dworcu białoruskim. Słońce, cerkiew, ludzie. Żaden "dziki wschód"; w końcu to stolica europejska.

Pierwsze wyzwanie: dzwonię po hotelach w poszukiwaniu noclegu. W tańszych nas nie wezmą bez "migaracjonnej karty" - powinniśmy byli je dostać na granicy. Nie dostaliśmy. Jedziemy więc do kompleksu hoteli Izmaiłowo - tam możemy wyrobić karty tymczasowe. Cztery trzydziestopiętrowe bloki - w jednym z nich spędzimy noc. Zanim to nastąpi muszę napisać podanie, a każdy z nas - dodatkowo jeszcze formularz. Biurokracja zajmuje nam około godziny. Trafiamy do pokojów - niezły standard.

Kolejne wyzwanie: bilet kolejowy. Czteropiętrowy budynek kas na dworcu Jarosławskim to atrakcja sama w sobie. Na jakieś 2 godziny. Chodzimy z piętra na piętro. W jednej kasie można kupić bilety tylko dla 6 osób.

Zwiedzamy. Najpierw Sobór Chrystusa Zbawiciela. Zburzony przez Stalina, odbudowany za Jelcyna. Przepych aż kapie. Ikony, złoto, świece. Zapalam świeczkę w cerkwi, żeby przestało padać. Przestaje. Ruszamy do klasztoru. Po drodze mijamy czternastopasmową ulicę. Niewąsko.

Do dzisiejszych atrakcji zaliczam też kilka stacji metra - w tym piękne, socjalistyczne mozaiki na Komsomolskiej.

Późnym popołudniem docieramy na Plac Czerwony. Ogrodzony. Po placu trzy merole z piskiem opon kręcą kółka. Cerkiew Błażennowo w rusztowaniach. W domu handlowym GUM pełen kapitalizm i burżuazja - Gucci, Lancome, a Lenin po drugiej stronie placu w grobie się przewraca.

Wieczorkiem piwko koło fontanny, dokończenie imprezy w hotelu i dobranoc.

 

 

 

 

 

 

 

 

.dzień.3

Rano atakujemy Kreml. Mało brakuje do rezygnacji. Dziś wpuszczają tylko grupy 25-30 osób. Potrzebny jest także przewodnik. Niełatwo go znaleźć, niełatwo zmontować grupę. Cudem się udaje. Na Kremlu wielki dzwon, wielka armata. Jak byłem młodszy wszystko wydawało mi się większe. Trudno. Odwiedzamy kilka ślicznych cerkwii. W jednej z nich ikony Andrieja Rublowa, w innej prawosławny chór. Warto było o to walczyć.

Po wizycie w sercu Moskwy jedziemy do klasztoru nowodziewiczego. Morale spada - pada i znowu wyższe ceny dla obcokrajowców. Na pocieszenie w przyklasztornym ogrodzie znajdujemy porzucone: starą armatę z 1706 roku z wyrzeźbionym herbem Romanowów, minę morską i bombę. Wyglądają na porzucone. Odwiedzamy także najgłębszą stację metra, a potem jedziemy pod batmana, czyli pomnik Gagarina na Lieninskim Praspiekcie.

Biegniemy na dworzec, marazm oczekiwania na pociąg, przed nami dwie noce i jeden dzien na żelaznej drodze do Inty.

Nasz pociąg ma 21 wagonów, czyli ponad 500 metrów. Po wejściu do środka cios: gorąco i wszystko jest niepierwszej świeżości. Koło nas skośnoocy ludzie z masą bagażu. Możliwie, że to Nieńcy - ludzie z tundry. Oprócz nich kobieta, której ojciec był zesłany w 1943 roku do Workuty. Jest także irytująca kobieta, która mieszkała w Polsce przez 5 lat. Jeden z pasażerów przekonywał nas, że na makaronie nie przeżyjemy w górach, a inny pytał, czy do kopalni kwarcu, skąd zaczniemy marsz po górach, dotrzemy samochodem, czy śmigłowcem. Ten ostatni tłumaczył Wojtkowi i mi, jak łowić ryby. Po rosyjsku, rzecz jasna. Jest też wąsacz-postrach wagonu. Przechodząc zdzielił Agatę w twarz. Nie przeprosił. Ten sam pan namolnie namawiał Wojtka i Szymona na picie wódki, aż wreszcie kobieta obok powiedziała:
- Zostaw naszych malczikow!
- A wy kto?? - spytał wąsacz
- Matka
Ta odpowiedź zgasiła wąsacza. Poszedł sobie.

 

.dzień.4

Tudu, tudu. Tudu, tudu. Gorąco. Za oknami zielono, ludzi brak. Wysiadamy "już" jutro.

Mieliśmy dłuższy postój. Miał trwać 40 minut, trwał 4 minuty. Dobrze, że nie poszedłem robić zdjęć gdzieś dalej. Uff. Mamy piwa "Wołga". Półtoralitrowe, plastikowe butelki. Idealne na podróż.

W ramach wycieczki robię z Wojtkiem kilometrowy spacer (na koniec pociągu i z powrotem). Spacer w jedną stronę trwa 13 minut. Po drodze różne "zapachy".

Jest północ, piszę przy świetle dziennym. Stoimy na stacji w Uhcie. Na wzgórzu stoi kilkunastometrowy Lenin (kontur głowy na rusztowaniu). Kiedyś świecił na rubinowo. Teraz nie świeci, ale bawi.

 

 

.dzień.5

"Excuse me" i "Good morning" - te słowa w ustach kriepkiego Rosjanina na każdym robią wrażenie. Ten pan żegnał Michała słowami: "Good bye, Misza". Czad.

Jesteśmy w Incie. Imponujący dworzec. Próbujemy skombinować transport. Po kilku nieudanych próbach jadę z Arturem do miasta. Pół godziny jazdy, za oknami rudery, niszczejące fabryki i brzozy. W mieście szerokie ulice, pomnik Lenina, domy z cegieł i zimno. Wieje z oceanu Arktycznego. Niestety wszystko pozamykane, bo jest niedziela. Wracamy na dworzec i dzwonimy do człowieka zajmującego się przewozami turystów. Miły facet, negocjujemy ceny. Okazuje się że park narodowy zdziera 100 rubli za osobodzień w parku. Oczywiście jest to cena dla "innastranców". Nic to, czekamy do jutra. Idziemy spać za miasto. Po drodze mijamy rudery, żużel, wraki samochodów i błoto. Tu nawet diabeł nie mówi dobranoc. Zaczynają się komary. W nocy nie robi się ciemno.

 

.dzień.6

Wstajemy o szóstej. Chmury nisko, czasem mży. Zaczynamy walkę o stempelki i papierki. Negocjujemy cenę studencką w dyrekcji parku (40 zamiast 100). Przejścia w biurze paszportowym. Potrzebne są koniecznie "migracjonnyje karty". Jadę więc na dworzec, bo połowa grupy ma je przy sobie. Kupujemy "nakamarniki". Odwiedzamy też bank - duszne, śmierdzące pomieszczenie z tłumem ludzi. Jak z Kafki. Wreszcie o 14:00 przyjeżdża po nas Ural - monstrualna ciężarówka, którą ruszamy w góry. Rozsiadamy się na trzech starych wersalkach i niewyobrażalnym pyle jedziemy około trzech godzin. Pod koniec jazdy tym samochodem przekraczamy rzekę "Korzym" - woda po pas, prąd niezbyt wolny. Człowiek by musiał walczyć, Ural przejedzie. Jesteśmy na przeprawie, stąd do kopalni kwarcu "Żełannyj" jest około 70 kilometrów. Czekamy dziesięć minut i przyjeżdża Ural z górnikami. Zabieramy się z nimi za darmo. Towarzyszem podróży jest Stanisław, przyjazny Ukrainiec. Pijemy z nim piwo, rozmawiamy przez 5 godzin jazdy i żartujemy. Ma ukraiński akcent - mówi "hora", "on hawarit". Imię Krzysztof jest dla niego za trudne, więc nazywam mnie Piotr. 

Mamy nie wchodzić do sztolni - jest promieniowanie. Poza tym Stanisław zaprasza na następny rok - "napiszicje pismo, wsjo budzjet, maszyna budzjet, wsjo budzjet". Jest zimno, mijamy ośnieżone góry.

Dojeżdżamy do bazy górniczej "Żełannyj". Rozbijamy namioty, jest szaro, coraz bardziej pada. Wieczorem pomagam z Kubą miejscowemy górnikowi. Podpływamy po niego jego łódką, która stała po naszej stronie.

 

 

.dzień.7

Na szczęście nie pada. Zaczynamy iść ubitą drogą przez śliczną, zieloną dolinę. Niestety popełniamy błąd nie przechodząca na drugą stronę rzeki i brniemy przez teren podmokły, kosodrzewiny i błota. Komarów są miliardy. Przy obiedzie wzbogaconym komarami spotykami Rosjan. Zasuwają w kaloszach i bez bagażu. Według nich komarów nie jest dużo. Po obiedzie przedzieramy się na drugą stronę rzeki. Tam jest droga - wyjeżdżone przez Urale i wiezdjechody błoto. Mam małą fobię po szwedzkich bagnach, ale powoli się przyzwyczajam do grzęźnięcia błocie porośniętym przez rachityczną trawkę. Zostajemy na noc na mniej podmokłym sympatycznym płaskowyżu. Jest zimno.

 

 

.dzień.8

Chłodniej. Jestem zagryziony przez komary. Nie tylko ja. Te sk****syny gryzą przez bluzę. Przynajmniej droga jest lepsza - bez "bałota". Wznosimy się powoli, choć ciągle idziemy doliną. Mijamy zardzewiały pojazd gąsiennicowy i wózek kopalniany.  Jak w "Stalkerze". Przechodzimy szybki strumyk i wchodzimy na pole niegęsto powtykanych w ziemię kamieni, wyglądające jak plantacja (w spolszczeniu: roślinnisko). Zaczynam nabierać wysokości, ale wchodzimy w chmurę. Paskudna mżawa. Nie podbudował mnie nawet widok dwóch reniferów (chyba matka z małym). W czasie dżdżystego obiadku zjadam 2/3 porcji. Kryzys. Po obiedzie nie pokonujemy zbyt długiej trasy - rozstawiamy się płaskim terenie przy sporym stawie. Musi tu być pięknie latem (ale teraz jest lipiec). Przed pójściem idziemy jeszcze na rozpoznanie terenu. Jutro czeka nas spore podejście śniegiem. Zobaczymy.

 

 

 

.dzień.9

Ale piękne słoneczko! Białe obłoczki, śnieg lśni, szczyty gór odbijają się w stawie. W dobrych nastrojach ruszamy w górę - najpierw po głazach, potem po śniegu, miejscami dość stromym. W ładnej pogodzie kierujemy się na Narodną - najwyższy szczyt Uralu. Dochodzi do drobnych spięć na tle czekania na resztę. Takie życie. Po jakimś czasie dochodzimy do do płaskowyżu, z którego widać nasz cel - stromo podciętą z jednej strony górę. Pod szczytem zostawiamy plecaki i wbiegamy "light". Na szczycie aluminiowy stożek z kulką. Jest też kilka tablic pamiątkowych (jedna dla Estończyka, który tam zginął). Widok ze szczytu przepiękny. Widać królową Uralu - Manaragę. Jedna z piękniejszych gór, jaką widziałem nie tylko na żywo. Ma ona kształt czarnej korony z białymi zdobieniami śniegu. Artur nadal chce tam dojść, ja uważam, że to nierealne. Zobaczymy.

Schodzimy w sąsiednią dolinkę. Po kilku spięciach dochodzimy do stromego rumowiska, którym mamy zejść. Jest nieźle, ale dajemy radę. Na półce poniżej jemy obiad. Przed nami następne zejście. Równie trudne, ale znacznie dłuższe. Spod nóg obsuwa mi się spory głaz. Nieprzyjemny dźwięk. Ala się wnerwia na dole. Jemy kolację. O północy herbatka.

 

 

 

.dzień.10

Leje i wieje. Poranek sztormowy. Nic nie zapowiada poprawy. Siedzimy w namiotach. Warzywa. Śpimy, jemy, marzniemy.

 

 

 

.dzień.11

Każdy, kto dziś mówi "wczoraj" ma na myśli "przedwczoraj". Na szczęście nie pada, ale jest cholernie zimno. Okoliczne szczyty przyprószył śnieg. Ruszamy w dół doliny. Jest coraz lepiej, choć czasem coś mży. Po jakimś czasie dochodzimy do większej doliny i zaczynami iść ścieżką (!). Po trzech godzinach sprawnego marszu skręcamy w sympatyczną dolinę. Na początku troche chaszczy, potem idealnie. Rozbijamy namioty i wchodzimy "light" na pobliską grań. Strome i szybkie podejście. Wychodzi trochę słońca, widoki cudne. Kolacja, mycie w lodowatej wodzie i spać.

 

 

 

.dzień.12

Nie pada. Trochę się grzebiemy - pranie itp. Wreszcie ruszamy bez plecaków w górę doliny. Sporo głazów, miejscami trzeba kombinować. Po drodze mijamy stawy z niebieściutkim lodem. Okoliczne szczyty niedostępne (bez sprzętu), nieregularne, na niektórych fantastyczne grzebienie skalne.  Często obok stromych ścian stoją łagodne pagóry. Ciekawe. Zaczynamy wracać koło osiemnastej. Po kolacji kisielek.

 

 

 

.dzień.13

Dziś obudził mnie upał. Cud! Wylazłem na rześkie powietrze z nagrzanego namiotu. Wróciły też komary. Z całym bagażem ruszamy znaną nam już ścieżką. Koło południa skręcamy do nieznanej nam doliny. Robi się chłodniej. Zaczyna padać. Na przełęczy spotykamy dwóch chłopaków z Polski. Miło.

Jest świetnie, ale odczuwam lekkie znużenie.

Wieczorem jest zabawnie, bo stoimy w rządku bardzo blisko siebie. (Nie tylko) Kuba śpiewa.

 

 

 

.dzień.14

Dziś się dzielimy. Zostaję z Agatą i z Alą. Reszta idzie na dłuższą traskę. My idziemy na 3-4 godziny. Natrafiamy na zarośnięte jezioro - idealnie równa połać lichej trawy. Robię kilka fotek roślin. Jest milutko.

K****. Żałuję, że nie poszedłem z resztą. Widzieli renifera, znaleźli kryształ górski i szli ładną trasą. Trudno. Na pocieszenie po kolacji przebiega koło nas biały renifer. Hehe.

 

 

 

.dzień.15

Wciąż słoneczko, jest nieco cieplej. Szymon walczy z pokruszonym chlebem.

Ruszamy w stronę kopalni. Idziemy najpierw niezłą doliną, a potem skręcamy na bardzo strome zbocze. Dobrze, że jest sucho. Słońce świeci w plecy. Na samej górze rozległy pagór. Same kamienie - krajobraz księżycowy. Kolejne osoby znajdują rogi renifera. Artur po znalezieniu drugich (większych, ładniejszych) oddaje mi swoje pierwsze. Po obiedzie i ja znajduję swoje poroże.

Pojawia się mały kryzys. Niejednomyślnie ruszamy do kopalni przez jeszcze jedną górę. Mokro, ale widoki rewelacyjne. Zwłaszcza podziurawione wejściami kopalnianymi przeciwległe zbocze. Około 21ej dochodzimy do kopalni - punktu wyjścia.

 

.dzień.16

Od rana marazm. Z samochodami do Inty kiepsko. Idę z Kubą na drugą stronę rzeki - do osady górniczej. Wystarczy zrobić kilka fotek i pogadać z trzema osobami - świetny artykuł do magazynu wyborczej gotowy. Domy górników to obraz nędzy i rozpaczy. Nie wyobrażam sobie, jak w takich lichych budach można przetrwać 2 miesiące bez słońca w temperaturze -40 stopni. Jest miły pies. Pogłaskałem. Samochodu nie ma. Może jutro rano pojedzie.

Pieszo stąd nie ma szans iść - do Inty jest jakieś 120 kilometrów. Oszczędzamy jedzenie. Idziemy wcześnie spać.

 

.dzień.17

Dziś są moje imieniny. Wymarzonym prezentem jest samochód do Inty.

Rano cisza. Upatrzony Ural pojechał w górę - do kopalni. Idę z Arturem i z Grześkiem - jednym z dwóch spotkanych wcześniej Polaków - do osady górników. Robię zdjęcia. Grisza będzie jechał do Sanawoża. Malutkiej osady po drodze.

Nasz znajomy Ukrainiec - Stanisław przynosi nam nasolone ryby, ziemniaki, słoninę, herbatę, cukier, zupy w proszku i papierosy. Wzruszające. Jemy zupę rybną. Nie wszystkim smakuje, ale kalorie są.

W końcu o 13ej ruszamy z Griszą do Sanawoża - 28 kilometrów w stronę Inty. Miejsce jest przygnębiające. Opuszczona osada poszukiwaczy złota. Rdzewiejące maszyny i samochody. Błoto, bałagan, marnotrawstwo. W ramach odwdzięczenia się za transport ładujemy z chłopakami jakieś zardzewiałe pręty na Urala Griszy.

Może spać w domku, ale wybieramy namioty, choć kosztuje to tyle samo, czyli nic. Od opiekującego się osadą Białorusina dostajemy chleb, cebulę i cukier. Miły facet. Pracuje tu 4 miesiące w roku. Potem z tego żyje cały rok na Białorusi. Sprytnie ominął pytania o Łukaszenkę.

W naszym "pasjołku" jest stary bilard - same białe bile. Luz.

Kończą się moje imieniny. O 14ej ma przyjechać Grisza. Oby.

 

.dzień.18

Rano radosne oczekiwanie. Miejscowy psiak - Ruta - wytarzał się w g*wnie. Blee. Nie przeszkadza to jej w towarzyszeniu nam przy posiłkach.

Jest siedemnasta. Grisza nie przyjechał. Jechał samochód, ale kierowca chciał od nas 300 dolarów. Przesada. Zanim zacznie padać rozgrywam z Kubą partyjkę w bilard, a potem z Michałem, Olą i Arturem gram w coś w rodzaju piłki nożnej - zamiast piłki mamy pustę butlę gazową, zamiast bramek - zardzewiałem beczki. Morale mi się podnosi.

O ósmej wystawiamy półgodzinne warty na drodze. Reszta śpiw w porzuconej stołówce. Kładziemy się z Agatą po naszej warcie około 23ej.

 

.noc.18/19

Pobudka! Jest samochód. Gość chce 200 dolarów. Głosujemy - wychodzi, że nie jedziemy. Po ogłoszeniu decyzji kierowca schodzi na 150 dolarów. Jedziemy. Szybkie pakowanie śpiworów, szarówka, pies skamle. Ładujemy się na Urala wyładowanego z kwarcem. Ala i ja wsiadamy do szoferki. Gorąco. Facetowi źle z oczu patrzy. Droga podmokła (bo padało) więc widok przez przednią szybę imponujący. Nie jest sympatycznie, ale jedziemy.

Po raz pierwszy ziewnąłem po przejechaniu przez rzekę. Kierowca o imieniu Farhat nie jest gadatliwy, ale nie jest zły. Opowiadam mu dowcip. On chwali czasy ZSRR.

Dojeżdżamy do strażnika parku. Na karteczce mamy wpisany pobyt 4 dni, a faktycznie jest już chyba 13. Strach jest. Facet jest ogolony, trzeźwy i sympatyczny. Częstuje nas herbatą, za jedzenie dziękujemy. Chwilę rozmawiamy, papiery mu się podobają. W ramach podziękowań chcę dać mu papierosy. Okazuje się, że on nie pali i nigdy nie palił, ale w końcu bierze - dla gości. Dojeżdżamy do Inty około 5ej rano. Uff.

 

.dzień.19

Cywilizacja. Kupujemy słodycze i piwo. Przed otwarciem sklepu zjadamy resztę chleba z pasztetem sojowym (dzięki, Ola). Przenosimy się na zieloną trawkę - miejsce naszego pierwszego noclegu. W szóstkę ruszamy turystycznie do Inty. Jadę autobusem 101 po raz siódmy. Najpierw idziemy szeroką ulicą przy której rosną brozy i stoją stare, drewniane domy. Odwiedzamy także wieżę ciśnień z rubinową gwiazdą na szczycie oraz place z pomnikami, również Lenina. Chwilę rozmawiam ze starszym panem koło sklepu. Chwali Stalina. Podaję kontrargument - eksterminację Polaków. "Mikołaj II wywoził na Sybir, Katarzyna II wywoziła, Lenin wywoził i Stalin wywoził". Nie jest to więc nic nadzwyczajnego. Mój rozmówca chętnie by zesłał Jelcyna i Putina do Workuty na ciężkie roboty. "Zapamiętaj - Lenin to był wielki człowiek". Patrząc na niszczejące miasto górnicze Inta i na wszechobecną biedę, nie umiem mu powiedzieć, że teraz jest lepiej.

Po wizycie w mieście, śpię godzinę na karimatce. Po drzemce pijemy wódkę i zagryzamy ją ogórkami. Klimatyczny podwieczorek.

Wsiadamy do pociągu do Moskwy. Szybka kolacja. Piwo Wołga. "Kąpiel" w toalecie. Dobranoc.

 

.dzień.20

Trzynaście godzin snu. Na stacjach zaopatrujemy się u babuszek w pyszne pierożki. Pycha. Kupiłem sobie okładkę na paszport z herbem Rosji. Agacie się nie podoba.

Około 20ej żegnamy się z Isią, Arturem, Olą i Michałem. Oni jadą nad Ładogę, my znowu do Moskwy. Wcześnie idziemy spać.

 

  

 

.dzień.21

Rano, rano. Wstajemy o 5ej. Z początku nieco nerwowo, ale szybko się uspokaja. Gładko kupujemy bilety i idziemy w miasto.

Plac Czerwony zamknięty do połowy sierpnia. Odwiedzamy mauzoleum Lenina. Śmiertelna powaga. Żołnierze, tak samo jak 15 lat temu, zwracają mi uwagę. Pod murami Kremla grób Stalina. Chętnie bym na niego nas*ał, ale się nie da - za dużo ochrony. Podchodzimy z bliska do cerkwi Błażennowo - śliczne cebulki. Odwiedzamy też cerkiew koło Kremla postawioną jako dowód wdzięczności za wypędzenie Polaków z Kremla. Hehe.

Odwiedzamy na chwilę na Arbat. Kupuję sobie koszulkę. W macu tworzę z chłopakami dzieło sztuki współczesnej.

Wsiadamy do pociągu do Brześcia. Pijany koleś pali. Interweniuję. Prowadnica wyrzuca go z pociągu. Na szczęście nie jechali z nim koledzy. Ups. Koło Kuby siedzi Kazaszka Hare Kriszna - jedzie do Polski. Do Żar na przystanek Woodstock. Ja gadam z Białorusinem i Ukraińcem. Są trzeźwi. Rozmawiamy, o tym, jak nasze narody są bratnie. Tak, jestem Słowianinem.

 

.dzień.22

Znowu pobudka rano, ale - uwaga - jest ciemno! Wymieniamy ruble, płacimy w kantorze (!) jakiś podatek, kupujemy bilety na pociąg. Wchodzimy na przejście graniczne - formularze, tłum, urzędasy. Dzięki Bogu mamy te nieszczęsne migracjonnyje karty. Wreszcie wsiadamy do pociągu i zaczyna się cyrk.

Kobiety upychają w staniki foliowe worki ze spirytusem. Wszyscy oprócz nas obklejają się plastrami - pod nimi schowane są paczki papierosów. Dwie panny siedzą spokojnie - wyglądają jak tirówki. Kilku facetów chce od nas popitę. Oferuję mu resztkę wody. "Eto niedostateczno" - słyszę w odpowiedzi. Chcą kasy na piwo. Idą sobie na szczęście. Mijamy rzekę Bug. Ktoś ucieka z pociągu. Dojeżdżamy do Terespola. Ludzie gorączkowo biegają po całym pociągu. Pewnie szukają "swoich" celników. W tym pociągu jesteśmy chyba jedynymi turystami.

Nareszcie w Polsce.